II
Niech grzmią fanfary u schyłku bezimiennych wieków,
W teatrze już zebrane chmary aniołów co w śród łez i jęków,
Gre śledzą na scenie nadziei i lęków,
Zaś orkiestry rzewne tchnienie śle sznur niebiańskich dźwięków,
Mimy Boga żywego obraz,
Co dźwigną ich z błot,
Jak kukły drgają na raz,
To skok, to nagły robią zwrot,
Z woli mocodawców skrytych co tło zmieniają w lot,
I snują z wnętrz swych nie przebytych boleści splot,
Widowisko barwne snadnie wyryje się w pamięci,
Gdzie tłum goni gromadnie niedościgłą zjawe co nęci,
W kolisku które ciągle wszak w miejscu się kreci,
Obłędu i grozy w nim nie brak,
Widzowie patrzą wstrząśnięci,
Zgasły światła, mrok okrywa przelaną świeżo ludzką krew,
Rzesze co w mękach dogorywa kurtyny kirs powije w pierw,
Nim łzy anieli otrą z powiek gdy bólem drga w nich każdy nerw,
Wszak tytuł tragedii człowiek jej bohaterem zwycięski czerw,
I
Człowiek ugina się przed śmiercią jeno przez słabość swojej wątłej woli
Dusza jest wygnańcem błądzącym po wielkiej pustce
A gdyby mogła ona odebrać życiodajną moc innej istocie i żyć wiecznie?